Pohl Frederic - Gateway Za B��kitnym Horyzontem Zdarze� - Najstarszy od Najstarszego
NAJSTARSZY OD NAJSTARSZEGO
Paul, nawet w swym najgorszym wydaniu, nawet wtedy, kiedy czu� si� starszy od Najstarszego i martwy - tak jak Payter, nie wygl�da� r�wnie �le, jak ta budz�ca wsp�czucie posta�, kt�ra wymachiwa�a broni� wychylaj�c si� z w�azu jego statku. Twarz poro�ni�ta zmierzwionym, miesi�cznym zarostem przypomina�a twarz mumii. Wydziela� okropny fetor.
- Lepiej si� wyk�p i od�� t� bro� - warkn�� Paul. Mumia osun�a si� na w�az statku.
- To ty jeste� Paul Hall? - spyta� facet mru��c oczy. - Masz co� do jedzenia?
- Przecie� tam jest pe�no �arcia - Paul, zagl�daj�c m�czy�nie za plecy, wszed� do statku i znalaz�, tak jak przypuszcza�, sterty racji CHON, dok�adnie tam, gdzie je zostawiono. Na pod�odze pe�no by�o ka�u� i b�ota - �w cz�owiek musia� rzuci� si� na torby z wod� - przynajmniej trzy z nich rozdar�. Paul poda� mu racj� �ywno�ciow�.
- Prosz� m�wi� nieco ciszej - poleci�. - A tak w og�le, to kim pan jest?
- Robin Broadhead. Co si� z tym robi?
- Trzeba ugry�� - odwarkn�� Paul poirytowany - nie tylko z powodu tego faceta, i nawet nie dlatego, �e tak �mierdzia�, ale dlatego, �e jeszcze ca�y si� trz�s�. Przerazi� si�, �e to Starzec, na kt�rego tak niespodziewanie si� natkn��. Ale Robin Broadhead? Tutaj?
Niestety, nie m�g� zaspokoi� swej ciekawo�ci od razu. Broadhead dos�ownie umiera� z g�odu. Marszcz�c brwi mi�tosi� p�aski placek po�ywienia w d�oniach i rozdygotany odgryz� jeden k�s. Kiedy zorientowa� si�, �e to co� nadaje si� do spo�ycia, po�kn�� �apczywie ca�y kawa�ek, a� okruszki zacz�y mu wypada� z ust. Gapi� si� na Paula, napychaj�c usta tak szybko, �e nie nad��a� wszystkiego pogry��.
- Wolniej - powiedzia� Paul nieco zaniepokojony, ale by�o ju� za p�no. Odmienne po�ywienie po tak d�ugim po�cie spowodowa�o to, czego mo�na si� by�o spodziewa�. Broadhead zakrztusi� si�, zatka� d�oni� usta i po chwili wszystko zwr�ci�.
- Do diab�a! - warkn�� Paul. - Poczuj� smr�d w ca�ym wrzecionie.
Broadhead odchyli� g�ow� do ty�u ci�ko dysz�c.
- Przepraszam - mrukn��. - Ba�em si�, �e umr�. I rzeczywi�cie, omal nie umar�em. Czy mo�esz mi da� troch� wody?
Paul da� mu wody, dos�ownie kilka �yk�w, a potem pozwoli� zje�� ro�ek br�zowej i ��tej paczuszki, kt�re mia�y najbardziej przyswajaln�, mi�kk� konsystencj�.
- Powoli! - poleci�. - P�niej dam ci wi�cej. - Ale zaczyna� odczuwa�, jak to przyjemnie jest mie� ko�o siebie cz�owieka po... ilu to? Chyba po dw�ch miesi�cach snucia r�nych plan�w, ukrywania si� i skradania w samotno�ci. - Nie mam poj�cia, sk�d si� tu wzi��e� - powiedzia� w ko�cu - ale bardzo si� ciesz�, �e jeste�.
Broadhead zlizywa� ostatnie okruszki z warg i zmusi� si� do u�miechu.
- To proste - odpar�, chciwie przygl�daj�c si� resztce po�ywienia, kt�r� Paul trzyma� w r�ku. - Przyby�em, by was uratowa�.
Broadhead by� odwodniony i odurzony brakiem tlenu, ale nie zag�odzony. Nie zwymiotowa� okruszk�w, na kt�re przyzwoli� mu Paul, i domaga� si� jeszcze. Tego te� nie zwr�ci�, a nawet pom�g� Paulowi posprz�ta� po sobie. W przepastnej szafie Wana Paul znalaz� mu jakie� czyste ubranie - rzeczy by�y przewa�nie za d�ugie i za szczup�e, ale paska sp�dniczki nie trzeba by�o wcale zapina� do ko�ca. Potem zaprowadzi� Broadheada do najwi�kszego zbiornika wody, �eby si� umy�. By�o to do�� ryzykowne przedsi�wzi�cie, wymaga�o du�ej odwagi. Starcy nie widzieli ani nie s�yszeli lepiej ni� ludzie. Mieli za to nadzwyczaj dobre powonienie. Po dw�ch tygodniach bezustannego wymykania si� im dos�ownie w ostatnim momencie, po z�apaniu Wana i Lurvy Paul przera�ony i samotny nauczy� si� k�pa� trzy razy dziennie.
A nawet cz�ciej.
Zaj�� stanowisko obserwacyjne na skrzy�owaniu trzech korytarzy, bacznie si� rozgl�daj�c, gdy tymczasem Broadhead zmywa� z siebie pierwsz� pow�ok� trzydziestodniowego brudu po podr�y w statku Heech�w. Przyby� tu, �eby ich ratowa�! Po pierwsze, nie by�a to do ko�ca prawda - intencje Broadheada by�y o wiele subtelniejsze i bardziej z�o�one. Po drugie, jego plany nie pokrywa�y si� z pomys�em, kt�ry dojrzewa� w g�owie Paula ju� od dw�ch miesi�cy. Broadhead mia� mgliste wyobra�enie o tym, jak wydoby� informacje ze Zmar�ych, a prawie w og�le nie wiedzia�, co z nimi zrobi�, je�li ju� je zdob�dzie. Liczy� na to, �e Paul pomo�e mu przenie�� dwie czy trzy tony �elastwa, nie zwa�aj�c na ryzyko czy na fakt, �e mo�e sam ma jakie� w�asne pomys�y. Skoro Broadhead przyby� ratowa� Paula, sam chcia� kierowa� ca�� operacj� i pewnie oczekiwa�, �e Paul oka�e mu wdzi�czno��.
No c�, przyzna� Paul w duchu, powoli rozgl�daj�c si� wok�, �eby mie� lepszy widok na korytarz, cho� Starcy mniej ostatnio przyk�adali si� do patrolowania okolicy ni� na pocz�tku. By�by bardzo wdzi�czny, gdyby Broadhead zjawi� si� wcze�niej, w czasie tych dni paniki, kiedy gania� w t� i z powrotem, i takim samym strachem nape�nia�a go my�l o tym, �eby zosta�, jak i odlecie�; czy te� kilka tygodni p�niej, gdy zacz�� opracowywa� sw�j plan i odwa�y� si� uda� do pomieszczenia Zmar�ych, �eby uzyska� po��czenie z Fabryk� Po�ywienia i dowiedzie� si�, �e Peter Herter nie �yje. Komputer pok�adowy nie na wiele si� zda� - by� za g�upi i zbyt przeci��ony, �eby przekazywa� jego wiadomo�ci na Ziemi�. Zmarli doprowadzili go do sza�u - mieli fio�a. By� kompletnie sam. Powoli jednak odzyska� energi� i zacz�� planowa�. A nawet dzia�a�. Zacz�� realizowa� sw�j pomys�, kiedy tylko zorientowa� si�, �e mo�e podej�� dostatecznie blisko Starc�w. Pod warunkiem, �e si� dok�adanie umyje, �eby nie zostawia� �adnych zapach�w. Szpiegowa� ich. Robi� r�ne plany. Stara� si� ich rozgry��. I wszystko zarejestrowa�. To ostatnie by�o najtrudniejsze. Nie�atwo zbiera� informacje na temat tego, jak wr�g si� zachowuje, kt�rymi �cie�kami chodzi najcz�ciej i kiedy istnieje najwi�ksze prawdopodobie�stwo, �e go nie ma w pobli�u, gdy nie ma si� nic do pisania. Czy zegarka. I nawet nie wiadomo, kiedy dzie� przechodzi w noc, bo w wiecznym niebieskim poblasku metalu Heech�w, co� takiego w og�le nie istnia�o. Wreszcie przysz�o mu do g�owy, �e jako chronometr mo�e wykorzysta� zwyczaje Starc�w. Kiedy widzia�, jak ca�a ich grupka udaje si� do wrzeciona, gdzie spoczywa� bez ruchu Najstarszy, wiedzia�, �e k�ad� si� spa�. Gdy grupka stamt�d wychodzi�a - oznacza�o to pocz�tek dnia. Zasypiali wszyscy jak na komend�, albo prawie wszyscy - by�o to zupe�nie niezrozumia�e. W takiej sytuacji o�miela� si� podchodzi� coraz bli�ej do miejsca, gdzie wi�zili Lurvy, Wana i Janine. Nawet z raz czy dwa ich widzia�, kryj�c si� za krzakiem jag�d. Starcy zaczynali wykazywa� pewne oznaki zaniepokojenia, zagl�dali mi�dzy ga��zie, wi�c potem co si� w nogach musia� ucieka�. Wiedzia� ju� wszystko. Wszystko mia� opracowane. By�o ich stu, nie wi�cej. Przewa�nie poruszali si� grupkami po dw�ch czy trzech.
Pozostawa� problem, jak poradzi� sobie z grupk� - cho�by niewielk� - dw�ch czy trzech Starc�w.
Paul Hall, wychudzony i zawzi�ty jak nigdy, uwa�a�, �e sobie z tym poradzi. Gdy pozostali znale�li si� w niewoli, gdy przera�ony musia� ukrywa� si� i ucieka�, zapuszcza� si� coraz g��biej w zielone i czerwone korytarze Nieba Heech�w. W niekt�rych z nich �wiat�o ju� prawie wygas�o, czy pojawia�o si� z rzadka. W cz�ci korytarzy panowa� st�ch�y, niezdrowy od�r i je�li tam spa�, budzi� si� z ci�k�, obola�� g�ow�. Wsz�dzie doko�a znajdowa�y si� przedmioty, maszyny, gad�ety - ca�e mn�stwo. Niekt�re ci�gle jeszcze mrucza�y czy tyka�y same od siebie po cichu, inne b�yszcza�y nie�mierteln� aureol� �wiat�a.
Nie zostawa� w tych korytarzach na d�u�ej, poniewa� brakowa�o tam po�ywienia i wody. Nie m�g� znale�� tego, czego najbardziej w rzeczywisto�ci szuka� - prawdziwej broni. Mo�e Heechom nie by�a potrzebna. Ale trafi� na maszyn�, kt�ra mia�a z jednej strony metalow� kratownic�, a kiedy j� wyszarpn�� - nie wylecia� w powietrze, ani - wbrew obawom - nie porazi� go pr�d. Tym sposobem zdoby� dzid�. Kilka razy widzia� te� co�, co przypomina�o niedu�y, skomplikowany tunelowiec Heech�w.
Cz�� tunelowc�w nadal dzia�a�a. Jak Heechowie ju� co� stworzyli, to mia�o to dzia�a� wiecznie. Przez trzy dni przera�ony, spragniony i pe�en obaw mordowa� si�, a� w ko�cu uda�o mu si� jeden z nich uruchomi�. Przerywa� prac�, �eby ukradkiem przemkn�� do z�otego korytarza czy do statku po po�ywienie i wod�, dr��c przez ca�y czas, �e og�uszaj�cy ha�as maszyny �ci�gnie na niego Starc�w, zanim zd��y si� przygotowa�. Ale na szcz�cie tak si� nie sta�o. Nauczy� si� naciska� nakr�tk�, kt�ra zwisa�a ze steruj�cej obejmy, by tym sposobem uruchomi� gotowe do rozb�y�ni�cia �wiat�a i m�c przesuwa� ci�kie karbowane ko�o w prz�d i w ty�. Zorientowa� si�, �e trzeba nadepn�� na owaln� p�ytk� w pod�odze, dzi�ki czemu przed maszyn� pojawia� si� niebieskofioletowy b�ysk, zmi�kczaj�cy nawet metal Heech�w. To w�a�nie robi�o najwi�cej ha�asu. Paul ba� si� okropnie, �e uszkodzi jaki� fragment Nieba Heech�w albo �ci�gnie sobie na g�ow� poszukuj�cych. Kiedy zacz�� przesuwa� maszyn� na wybrane miejsce, cichutko potoczy�a si� na rolkach. Zatrzyma� si�, �eby si� chwil� zastanowi�.
Doskonale zna� marszrut� Starc�w.
Mia� dzid�, kt�r� m�g� zabi� jednego z nich. By� nawet w stanie stawi� czo�a dw�m czy trzem, je�li ich zaatakuje znienacka.
By� te� w posiadaniu maszyny, kt�ra mog�a unicestwi� dowoln� liczb� Starc�w, gdyby tylko uda�o mu si� zebra� ich wszystkich do kupy.
Na tym opiera� swoj� strategi�, kt�ra nawet mia�a szans� powodzenia. By�a co prawda ryzykowna - bardzo ryzykowna. Powodzenie zale�a�o od splotu r�nych czynnik�w. Nawet je�li Starcy nie spodziewaj� si�, �e natkn� si� na uzbrojonego przeciwnika, jaka jest gwarancja, �e si� o tym nie dowiedz�? A jak� broni� oni mog� si� pos�ugiwa�? Oznacza�o to, �e musi zabi� kilku z nich po kolei, po mistrzowsku i z tak� precyzj�, �eby nie �ci�gn�� na swoj� g�ow� ca�ego plemienia a� do chwili, kiedy b�dzie ju� got�w - wtedy musi przyci�gn�� uwag� wszystkich naraz, albo tak znacznej ich cz�ci, �e z reszt� poradzi ju� sobie za pomoc� dzidy. Jakie wi�c ma szans�? Jasne by�o te�, �e nie mo�e dopu�ci� do interwencji Najstarszego, ogromnej maszyny, kt�rej mia� okazj� przyjrze� si� raz czy dwa z daleka, a kt�rej mo�liwo�ci nie m�g� przewidzie�. Czy to si� uda?
Nie potrafi� na to odpowiedzie�. Mia� tylko nadziej�. Najstarszy by� za du�y, �eby porusza� si� po jakichkolwiek korytarzach poza z�otymi. Wygl�da�o na to, �e w�a�ciwie w og�le si� nie rusza. Mo�e by sobie i z nim jako� poradzi� z pomoc� niszczycielskiej mgie�ki maszyny tuneluj�cej, kt�ra tutaj oczywi�cie nie mog�a by� maszyn� tuneluj�c�, ale najwyra�niej dzia�a�a na podobnych zasadach. W ka�dym uk�adzie ryzyko by�o ogromne.
Tym niemniej na poszczeg�lnych etapach mia� nik�� szans� powodzenia. Lecz to nie obawa przed ryzykiem powstrzymywa�a go ostatecznie.
Paul Hall, kt�ry przemyka� si� ukradkiem i snu� r�ne plany w tunelach Nieba Heech�w, na p� oszala�y z w�ciek�o�ci, strachu i obaw o �on� i pozosta�ych, nie postrada� do ko�ca zmys��w. To by� nadal ten sam Paul Hall, kt�rego Dorema Herter po�lubi�a przez wzgl�d na jego �agodny charakter i cierpliwo��, i kt�ry jako cz�� posagu zaakceptowa� jej impertynenck�, czasem dziecinn� siostrzyczk� oraz nie przebieraj�cego w s�owach ojczulka. Bardzo chcia� ich wszystkich uwolni� i uratowa�. Nawet za cen� ryzyka. On sam zawsze m�g� tego ryzyka �atwo unikn��, w�lizguj�c si� na statek Wana i wracaj�c do Fabryki Po�ywienia, sk�d spokojnie, sam i pogr��ony w smutku, lecz bezpieczny, uda�by si� w ko�cu na Ziemi�, by nacieszy� si� zdobyt� fortun�.
Ale jakim odby�oby si� to kosztem, nie m�wi�c o ryzyku?
Prawdopodobnie kosztem wyniszczenia ca�ej populacji �ywych, inteligentnych istot. Wprawdzie odebra�y mu �on�, lecz w�a�ciwie nie wyrz�dzi�y jej krzywdy. I cho�by nie wiem, jak si� stara�, nie m�g� przekona� sam siebie, �e ma prawo je wymordowa�.
A oto nagle zjawia si� ten „wybawca", Robin Broadhead, kt�ry sam o ma�y w�os nie zgin��, i kt�ry wys�uchawszy planu Paula jednym uchem, u�miechn�� si�. wynio�le.
- Pan nadal dla mnie pracuje, panie Hall - powiedzia� do�� uprzejmym tonem. - Zrobimy tak, jak ja chc�.
- Ani mi w g�owie!
Broadhead nadal by� uprzejmy i nawet m�wi� do�� rozs�dnie. Zadziwiaj�ce, co z cz�owieka mo�e zrobi� odrobina po�ywienia i k�piel.
- Najwa�niejsze - zacz�� - to dowiedzie� si�, z czym walczymy. Prosz� mi pom�c przenie�� to urz�dzenie przetwarzaj�ce dane do pomieszczenia Zmar�ych. Od tego zaczniemy.
- Najwa�niejsze to uwolni� moj� �on�!
- Dlaczego? Przecie� tam, gdzie jest, nic z�ego jej si� nie dzieje, sam pan tak powiedzia�. Nie m�wi�, �e ma tam zosta� ju� na zawsze. Powiedzmy dzie�... Postaramy si� jak najwi�cej dowiedzie� od Zmar�ych. Nagramy ich, wyci�gniemy co si� da. Potem ta�my wsadzimy do mojego statku i...
- Nie!
- Tak!
- Nie! I prosz� m�wi� ciszej do cholery! - Sprzeczali si� jak dwaj g�wniarze na boisku szkolnym - obaj zacietrzewieni, w�ciekli, z zaci�tym spojrzeniem. W ko�cu Robinette Broadhead skrzywi� si� i pokr�ci� g�ow�.
- Do diab�a, Paul! Czy ty nie my�lisz podobnie jak ja? Paul Hall rozlu�ni� si�.
- W zasadzie... - zacz�� po chwili. - Lepiej by�oby si� zastanowi�, co zrobi�, zamiast si� k��ci�, kto ma podejmowa� decyzje.
- To samo i ja sobie pomy�la�em - u�miechn�� si� Broadhead. - S�k w tym, �e ci�gle jeszcze nie mog� oswoi� si� z my�l�, �e prze�y�em.
Potrzebowali tylko sze�ciu godzin - sze�ciu godzin ci�kiej pracy, by zaci�gn�� i ustawi� procesor PMAL-2 tam, gdzie chcieli. Byli prawie u kresu si� i rozs�dek nakazywa�by po�o�y� si� spa�, ale obydwaj a� dr�eli z niecierpliwo�ci. Kiedy ju� pod��czyli �r�d�o mocy do banku programu, nagrany na ta�mie Albert instruowa� ich, krok po kroku, co maj� robi�. Przetwarzacz rozci�gn�li wzd�u� korytarza, ko�c�wki g�o�nik�w umie�cili wewn�trz pomieszczenia Zmar�ych, obok ��czy radiowych. Robin spojrza� na Paula, Paul wzruszy� ramionami do Robina, ten za� w��czy� program. Tu� za drzwiami us�yszeli cichy, wdzi�cz�cy si� g�os.
- Henrietta, kochanie? Czy mnie s�yszysz? Cisza. Odpowiedzi nie by�o. Program, kt�ry Albert u�o�y� przy pomocy Sigfrida von Psycha, zacz�� raz jeszcze.
- Henrietta, m�wi Tom. Prosz� ci�, odezwij si�.
Szybciej by im posz�o, gdyby przywo�uj�c Henriett� wystukali jej zakodowany numer, lecz trudniej by�oby im wtedy udawa�, �e zaginiony m�� usi�uje si� z ni� po��czy� przez radio z jakiego� odleg�ego miejsca.
G�os odezwa� si� raz jeszcze, potem znowu...
- Nic z tego - szepn�� pos�pnie Paul.
- Zaczekaj jeszcze chwil� - rzuci� Robin, ale bez przekonania. Stali zdenerwowani, podczas gdy g�os martwego komputera ponownie odezwa� si� b�agalnym tonem. I wtedy zabrzmia� dr��cy szept:
- Tom? Tomasino? Czy to ty?
Paul Hall by� normalnym cz�owiekiem, cho� mo�e troch� wycie�czonym po czterech latach uwi�zienia w statku i stu dniach lotu i przera�enia. Ale dostatecznie normalnym, by odczuwa� zwyk�e ludzkie po��danie, a teraz us�ysza� co� wi�cej, ni� chcia�by us�ysze�. U�miechn�� si� zawstydzony do Robina Broadheada, kt�ry najwyra�niej te� poczu� si� niezr�cznie. To upokarzaj�ce by� �wiadkiem zawzi�tej zazdro�ci czy zranionej czu�o�ci drugiego cz�owieka. Mo�na to tylko roz�adowa� �miechem. �eby si� rozerwa� prywatny detektyw od rozwod�w puszcza sobie w wolnej chwili ukradkiem nagran� ta�m� z odg�osami spr�yn ��ka. Ale to nie by�a zabawa! Henrietta, jakakolwiek Henrietta, nawet zamieniona w maszyn� imieniem Henrietta, wcale nie by�a zabawna, kiedy pe�n� nami�tno�ci oszukiwano i zdradzano. Program, kt�ry si� do niej zaleca�, zosta� naprawd� bardzo zr�cznie napisany. Przeprasza� i b�aga�, a nawet szlocha�, �wiszcz�c jak nieco zgrzytliwa ta�ma, a tymczasem g�os Henrietty �ama� si� w szlochu, p�aka�a, by da� upust rozpaczy i beznadziejnej rado�ci. I wtedy, zgodnie z planem, zadany zosta� cios.
- Kochanie, mo�e mog�aby�... mo�e potrafi�aby� mi powiedzie�, jak si� steruje statkiem Heech�w? Zapad�a chwila milczenia. Zawaha�a si�.
- No tak, Tomasino - odezwa� si� po chwili g�os zmar�ej kobiety. Zapad�a kolejna chwila milczenia. Przed�u�a�a si�, ale zaprogramowany podst�pnie sobowt�r postara� si� t� luk� wype�ni�.
- Bo wiesz, kochanie, wydaje mi si�, �e m�g�bym wtedy jako� do ciebie dotrze�. Jestem w takim statku, jakby w pomieszczeniu ze sterami. Gdybym tylko wiedzia� jak je uruchomi�...
Paulowi a� trudno by�o uwierzy�, �e nawet kiepsko zmagazynowana inteligencja maszyny mog�a ulec takiemu oczywistemu lizusostwu. Ale Henrietta uleg�a. Mierzi�o go, �e bierze udzia� w tym oszustwie, ale skoro ju� si� na to zdecydowa�, nie wolno mu by�o dopu�ci� do tego, �eby Henrietta, raz zacz�wszy m�wi�, urwa�a. Na czym polega zagadka sterowania statkiem Heech�w? Oczywi�cie, Tomasino! I zmar�a kobieta uprzedzi�a swego podstawionego kochanka, �eby przygotowa� si� na wi�zkow� transmisj�. Po chwili ze �wiszcz�cym klekotem wyrzuci�a z siebie potok maszynowych s��w. Paul nic nie rozumia�, bo ani s�owa nie rozpozna�. Ale Robin Broadhead, do kt�rego przez s�uchawki dociera� osobny raport komputera, u�miechn�� si�, skin�� g�ow� i k�eczkiem z kciuka i wskazuj�cego palca zasygnalizowa� powodzenie akcji. Paul, nie przerywaj�c milczenia, poci�gn�� go wzd�u� korytarza.
- Je�li ju� masz, co potrzebujesz, to si� wynosimy - szepn��.
- Owszem - zarechota� Robin. - Wie wszystko. Musia�a zosta� w��czona w otwarty obw�d urz�dzenia, kt�re zawiaduje Niebem. Ich m�zgi si� po��czy�y i powiedzia�a mi wszystko, co wie.
- Wspaniale, chod�my szuka� Lurvy! Broadhead spojrza� na niego, ale nie ze z�o�ci�, tylko prosz�co.
- Jeszcze chwilk�. A mo�e wie co� wi�cej?
- Nie!
- Tak!
Spojrzeli po sobie i pokr�cili g�owami.
- P�jd�my na kompromis - zaproponowa� Robin Broadhead. - Pi�tna�cie minut, dobrze? Potem ruszamy na ratunek twojej �onie.
Wycofali si� wzd�u� korytarza z ponurymi u�miechami zadowolenia na twarzy. Ale zadowolenie po chwili znikn�o. Rozmowa nie by�a ju� tak �enuj�co za�y�a. Atmosfera si� pogorszy�a. Wr�cz si� k��cili.
- Jeste� �winia, Tom - metaliczny g�os prawie warkn��.
- Kochanie, przecie� staram si� tylko dowiedzie�... - program by� a� do przesady rozs�dny.
- To, czego chcesz si� dowiedzie� - zazgrzyta� g�os - zale�y od twoich zdolno�ci przyswajania. Ja chc� ci powiedzie� co� znacznie bardziej wa�nego. Usi�owa�am zrobi� to ju� wcze�niej, mia�am ci powiedzie�, kiedy lecieli�my, ale ty nie chcia�e� s�ucha�. Zale�a�o ci tylko na tym, �eby znale�� si� w l�downiku z t� t�ust� kurw�...
- Chcia�bym ci� bardzo przeprosi�... - program wiedzia�, kiedy ma przyj�� pojednawczy ton. - Je�li chcesz mnie nauczy� czego� z astrofizyki, to s�ucham...
- Owszem, pos�uchaj - przerwa�a na chwil�. - To cholernie wa�ne, Tom. - Znowu przerwa�a. - Musimy wr�ci� do Wielkiego Wybuchu. S�uchasz mnie?
- Oczywi�cie, kochanie - odpar� program zdobywaj�c si� na najwi�ksz� pokor� i czu�o��.
- No dobra. Wszystko zaczyna si� od chwili, w kt�rej powsta� wszech�wiat. Znamy rozw�j wypadk�w do�� dobrze, z wyj�tkiem jednego niejasnego punktu po�redniego. Nazwijmy go punktem X.
- A co kochanie oznacza punkt X?
- Zamknij si� i s�uchaj. Przed punktem X ca�y wszech�wiat by� skupiony w malusie�kiej kuli maj�cej zaledwie kilka kilometr�w �rednicy, o niesamowitej g�sto�ci, olbrzymiej temperaturze i tak �ci�ni�tej, �e nie mia� �adnej struktury. Potem ta kula wybuch�a. Zacz�a si� rozszerza� - a� do punktu X, i do tego momentu wszystko gra. Kapujesz?
- Tak, kochanie, to w zasadzie podstawy kosmologii, prawda?
- S�uchaj uwa�nie - powiedzia�a po kr�tkiej chwili milczenia. - Potem, po przekroczeniu punktu X wszech�wiat nadal si� rozszerza�, a niewielkie kawa�ki „materii" zacz�y si� wewn�trz niego zag�szcza�. Najpierw cz�stki nuklearne - hadrony i mezony Pi, elektrony i protony, neutrony i kwarki. Potem przysz�a kolej na „prawdziw�" materi�. Prawdziwe atomy wodoru, a nawet helu. Pr�dko�� eksplozji gazu zacz�a male�. Turbulencje spowodowa�y powstanie olbrzymich chmur. Dzi�ki wzajemnemu przyci�ganiu chmury zbi�y si� w bry�ki. Kiedy zacz�y si� kurczy�, temperatura, kt�ra wytworzy�a si� w wyniku tego procesu, wywo�a�a reakcje nuklearne. Zacz�y si� jarzy�, i tak zrodzi�y si� pierwsze gwiazdy. Ca�a reszta to zjawiska, kt�re obserwujemy nadal.
- Rozumiem. O jak d�ugim czasie m�wimy? - zareplikowa� program.
- �wietne pytanie - odpar�a g�osem, w kt�rym trudno si� by�o doszuka� pochwa�y. - Od Wielkiego Wybuchu do punktu X - trzy sekundy. Od punktu X do teraz - oko�o osiemnastu miliard�w lat. I oto mamy to, o co nam chodzi.
Autor programu nie przewidzia� sarkazmu, z kt�rym jego tw�r b�dzie musia� da� sobie rad�, a w�a�nie sarkazm da�o si� wyczu� w cichym metalicznym g�osie.
- Dzi�kuj�, kochanie - postara� si� zareagowa� jak najlepiej. - A mo�e teraz mi powiesz, co jest takiego szczeg�lnego w tym punkcie X?
- Powiem ci za minutk�, kochany Tomasino - odpar�a promiennie. - Tylko �e ty nie jeste� m�j drogi Tomasino. Ten kretyn nie zrozumia�by ani s�owa z tego, co przed chwil� powiedzia�am, a nie lubi�, jak si� mnie robi w konia.
I chocia� program stara� si�, jak m�g� a Robin Broadhead sko�czy� z t� ca�� maskarad� i w��czy� si� bezpo�rednio do rozmowy, Henrietta nie chcia�a powiedzie� ani ju� s�owa.
- Do diab�a! - rzuci� w ko�cu Broadhead. - Mamy do�� zmartwie� na najbli�sze par� godzin. Nie musimy si� cofa� w przesz�o�� o osiemna�cie miliard�w lat...
Pstrykn�� przycisk uwalniaj�cy to, co znajdowa�o si� wewn�trz procesora - grub� ta�m�, kt�ra zapisa�a wszystko, co powiedzia�a Henrietta i podrzuci� j� w g�r�.
- Po to tu przyby�em - u�miechn�� si�. - No, dalej, Paul Rozwi��my teraz tw�j drobny problem i wyno�my si� do domu, �eby powydawa� nasze miliony...
Podczas g��bokiego, niespokojnego snu Najstarszy nie �ni�, ale co� go irytowa�o.
Co� go coraz cz�ciej i mocniej dra�ni�o. Od momentu, kiedy ku jego przera�eniu przybyli pierwsi poszukiwacze z Gateway a� do chwili, gdy zarejestrowa� na ta�mie, tak mu si� wydawa�o ostatniego z nich, min�a dos�ownie chwila - kilka lat. A do z�apania obcych i ch�opca up�yn�o zaledwie tyle czasu, ile potrzeba na jedno uderzenie serca i wcale nie zd��y� zasn��, gdy go znowu obudzono, by powiedzie�, �e samica uciek�a. Nie zd��y� te� od��czy� sensor�w i efektor�w i jako� si� u�o�y�. A i teraz ci�gle jeszcze nie mia� spokoju. Dzieci by�y przera�one - bezustannie si� sprzecza�y. Ale przeszkadza� mu nie tylko ich ha�as, Najstarszego nie m�g� obudzi� ha�as - budzi� go albo bezpo�redni atak, albo kiedy kto� si� do niego zwraca�. Irytowa�o go to, �e nikt nie m�wi� do niego wprost, ale w zasadzie nie mo�na te� by�o powiedzie�, �e si� do niego nie zwracano. Kilka przera�onych g�os�w domaga�o si�, �eby go natychmiast o czym� powiadomi�, kilka, nawet wi�cej - przestraszonych, b�aga�o, �eby mu nic nie m�wi�.
Co� by�o nie tak. Przez p� miliona lat Najstarszy uczy� swoje dzieci, jak si� maj� zachowywa�. Nie nale�a�o go budzi� z b�ahego powodu, a ju� na pewno nie przez przypadek. Zw�aszcza teraz. Zw�aszcza, kiedy ka�dy wysi�ek przy przebudzeniu wycie�cza� jego star� konstrukcj� i kiedy zbli�a� si� czas, �e m�g� si� ju� w og�le nie przebudzi�.
Wzburzone g�osy wcale nie ucich�y.
Najstarszy w��czy� swoje zewn�trzne sensory, �eby przyjrze� si� dzieciom. Dlaczego by�o ich ma�o? Dlaczego prawie po�owa z nich le�a�a plackiem na pod�odze i najwyra�niej chrapa�a?
- Co si� dzieje - przem�wi�, z b�lem uruchamiaj�c uk�ad komunikacji.
Kiedy zal�knieni pr�bowali mu odpowiedzie�, szybko poj�� o co chodzi. Pasma barwne na jego zewn�trznej pow�oce zamigota�y i zatraci�y wyrazisto��. Samicy nie odnaleziono. Uciek�a te� m�odsza samica i ch�opiec. Dwadzie�cioro dzieci �pi i nie mo�na ich dobudzi�. Pozostali, kt�rzy wyruszyli na poszukiwanie, nie powr�cili.
Co� tu najwyra�niej by�o nie tak.
Nawet pod koniec swojego aktywnego �ycia Najstarszy by� wci�� doskona�� maszyn�. Mia� pok�ady pami�ci, z kt�rych rzadko korzysta�, umiej�tno�ci, kt�rymi si� nie pos�ugiwa� ju� od setek lat. Uni�s� si� na swych rolkonogach, �eby spojrze� z g�ry na przera�one dzieci i si�gn�� do najg��bszych, najrzadziej przywo�ywanych wspomnie�, �eby si� ich poradzi�. Na przedniej tablicy, pomi�dzy receptorami zewn�trznej wizji, zacz�y cicho i jednostajnie bucze� dwie wypolerowane niebieskie ga�ki, a na g�rze pancerza p�ytkie naczynie rozb�ys�o delikatnym fioletowym �wiat�em. Najstarszy ju� od tysi�cy lat nie u�ywa� najostrzej karz�cych efektor�w, ale teraz, w miar� jak zbiera� informacje z zapisu pami�ciowego, zacz�o mu si� wydawa�, �e ju� najwy�sza pora ponownie je wykorzysta�. Si�gn�� nawet do zmagazynowanych osobowo�ci. Henrietta wszystko mu wyja�ni�a. Wiedzia�, co powiedzia�a i o co pytali nowi intruzi. Zrozumia� to, czego nie zrozumia�a ona, a mianowicie, jakiego rodzaju by�a bro�, kt�r� wymachiwa� Robin Broadhead. W g��bi pami�ci, si�gaj�cej nawet dalej ni� jego �ycie w cielesnej postaci, m�g� odnale�� pik� s�u��c� do usypiania jego przodk�w. Ta, kt�r� pos�ugiwa� si� Broadhead, by�a bardzo podobna.
Oto problem na skal�, z jak� dotychczas nie mia� do czynienia, i to taki, z kt�rym nie od razu potrafi�by sobie poradzi�. Gdyby tylko m�g� ich dosta� w swoje r�ce! Ale to by�o niemo�liwe. Jego pot�ne cielsko nie mog�o si� przemieszcza� po korytarzach artefaktu z wyj�tkiem z�otych - bro� znajduj�ca si� w pogotowiu nie mia�aby kogo razi�. A dzieci? Owszem, mo�e potrafi�yby odnale�� tamtych i ich pokona�. Niew�tpliwie warto im da� takie polecenia, przynajmniej tym nielicznym, kt�re prze�y�y. I tak te� zrobi�. Tyle, �e swym racjonalnym, mechanicznym umys�em Najstarszy doskonale potrafi� liczy�. Potrafi� ocenia� szanse. Sytuacja nie wygl�da�a najlepiej.
Zacz�o go nurtowa� pytanie, czy przypadkiem co� nie zagra�a jego wielkiemu przedsi�wzi�ciu?
Odpowied� brzmia�a - tak. Ale m�g� przynajmniej dzia�a�. Centrum operacji znajdowa�o si� w miejscu, z kt�rego kontrolowano artefakt. By� to rdze� ca�ej konstrukcji. Tam w�a�nie zapad�a �mia�a decyzja, by przeszed� do ko�cowego etapu swojego zamierzenia.
Zanim sko�czy� formu�owanie polecenia, ju� je wykona�. Pot�ne metalowe cielsko unios�o si� i obr�ci�o - potem przetoczy�o przez wrzeciono do szerokiego tunelu prowadz�cego do pomieszczenia kontrolnego. Kiedy ju� si� tam znalaz�, by� bezpieczny. Niech sobie przychodz�, je�li chc�. Bro� jest gotowa. Poniewa� stanowi�a du�e obci��enie dla jego malej�cej mocy, zwolni� i porusza� si� niezbyt pewnie. Ale energii starczy�oby mu jeszcze na wiele. M�g�by sam siebie unieruchomi� i poleci� istotom z krwi i ko�ci, �eby si� wszystkim zaj�y i wtedy...
Zatrzyma� si�. Jeden z pod�ciennik�w zmieni� miejsce. Tkwi� w samym �rodku korytarza, a za nim...
Gdyby by� odrobin� mniej os�abiony, u�amek sekundy szybszy... Ale nie by�. Sp�yn�� na niego b�ysk maszyny. O�lepi� go i og�uszy�. Czu� jak zewn�trzne wypuk�o�ci spalaj� si� na pancerzu, jak ogromne mi�kkie cylindry, na kt�rych si� toczy�, roztapiaj� si� i rozp�ywaj�.
Najstarszy nie potrafi� odczuwa� b�lu. Nie wiedzia�, co to udr�ki duszy. Nie powiod�o mu si�.
Istoty z krwi i ko�ci zdoby�y kontrol� nad artefaktem, co raz na zawsze zniweczy�o jego plany.
Strona g��wna
Indeks